Mamy dzień majowy

Posted: 28 Maj 2012 in Uncategorized

No i mam za sobą mój pierwszy dzień matki. Z tej to okazji pozbyłam się dziecka na więcej niż 24h :D

Oczyyyy mnieeee boląąąą. I ucho też. Muszę w końcu coś z tym zrobić, bo jest coraz gorzej z tym moim słuchem. I to mnie strasznie zaczyna wkurzać, bo Kocur musi mi po sto razy powtarzać co mówił, a ja i tak mam małe szanse, by za sto pierwszym razem go zrozumieć. God damn it… Pewnie wychodzą próby w bunkrze, gdzie raczej dźwięk nie rozchodzi się gdzieś w przestrzeń i sprzężenia na wzmacniaczu. Jupikajej…

Ostatnio Kojocina poznaje coraz to intensywniej otaczający go świat. Słowo-klucz na dzisiaj to KOŃ. Aż mu szczęka bezzębna opadła, gdy zobaczył to dziwne zwierze dużo większe od psa (którego już zna). I jakieś dziwne dźwięki wydaje. Pomijam fakt, że na każdą nowość reaguje tak samo – otwiera paszczę, robi wielkie oczy i patrzy się z miną ufo-ka na ziemię. No i czasem jak zapomni zamknąć buzię i dalej się dziwi, to mu ślina dynda. Wygląda to komicznie :) A ja i Kocur mamy z tego niezły ubaw.

Poza tym w ciągu 2 dni widziałam 3 wiewiórki na cytadeli (którą nadal rzygam) :) .

Aaa, z nowości Kojociny to wi jak i umi przekopyrtnąć się na brzuszek, ustawić sobie rączki jak chce i kulać się na plecy. Ostatnio rozłożyłam koc na podłodze – kulał się z pleców na brzuch i na plecy – i tak jednym ciągiem. Tak więc, przekonana, że Kojocina spokojnie się zajmie sobą na kocu i będzie miał radochę ze swoich wyczynów jeszcze chociaż przez trzy minuty (póki się nie znudzi), poszłam do kuchni. Za chwilę słyszę wycie głośniejsze niż zwykle – myślę sobie, że pewnie się zaklinował i nie może się obrócić – ale nie… Idę do pokoju i patrzę z niemałym zdziwieniem razem z Kocurem na malucha, a ten leży na parkiecie na brzuchu – koc zupełnie obok i drze się,  że coś mu nie pasuje.

Matko jak to się szybko uczy…

Siedzimy naprzeciwko siebie przy stole.

Kocur – A ty wiesz, że Travolta jest gejem?
- Travolta nie żyje.
- Żyje, to Szłejzi nie żyje…
- Szłejzi (hhhhhhhhhhhhhhhhahahahahahhahahah)!

Po jakiś 10 minutach:
Ja – Sam jesteś Szłejzi…

Po jakimś czasie:
Ja – No dobra, Travolta żyje.
- Już któryś raz się ze mną kłócisz, że nie żyje.
- Bo według mnie nie żyje.

Po kolejnych 10 minutach:
Ja – A skąd wiesz,  że jest gejem?
- Bo się całował z jakimś facetem i okiełznał kolejnego faceta.
- .

Znów po jakimś czasie wpadłam w atak śmiechu:
- Szłejzi hahahahhahaha!!!
- Kochanie to było już jakiś czas temu…

Kocham te nasze kłótnie nocą :)

Casper

Posted: 14 Maj 2012 in Uncategorized

Zawsze uważałam, że mam specyficzną rodzinę. Gdy jeszcze mieszkałam z rodzicami, moją najlepszą rozrywką było polowanie na ojca (i odwrotnie) i wzajemne straszenie. Ale nie chodziło o jakieś smętne ‘buuuu’, tylko bardziej przemyślane / wyrafinowane. Na zasadzie, że gdy ojciec poszedł do kuchni, ja chowałam się za ścianą, leżąc na glebie i czekałam aż pójdzie do pokoju – gdy był na mojej wysokości, łapałam go za kostkę z dzikim wrzaskiem i czekałam na reakcje albo szybki odwet (coś jak Kato i jego pan w serii filmów ‘Różowej Pantery’ – z tą różnicą, że tam Kato miał za zadanie zaskakiwać swego pana, by ten się bronił będąc nieprzygotowanym na  atak).

Ale do rzeczy – przyjechały Emenemsy i ich Menelek. A ponieważ mój brat jest równie postrzelony jak ja (albo nawet bardziej) – zrobił kawał mojej mamie i włożył jej do łóżka myszo-szczura z pluszu. Chyba nie muszę mówić, że mama panicznie się boi myszy i tym podobnych… Byłam pewna, że usłyszę wieczorem wrzask, ale nie. Cisza. Za to rano mama z obrzydzeniem w głosie, gestach opowiedziała, że rano poczuła, że coś jest w jej łóżku i już tam nie szła, bo jakby skoczyło to coś na nią, albo nie daj Boże się poruszyło, albo jakby dotknęła – zawał murowany. Na szczęście Emenems  nie wpadł na pomysł, żeby włożyć myszę w nogi, by się ocierała w nocy o skórę mamy – bo już byśmy się chyba pozbyli wyjazdów do lasu. Teraz odwet trwa – ciekawe na co wpadnie mama :P

Burzowo-nie-sennie

Posted: 14 Maj 2012 in Uncategorized

Weekend spędziliśmy w lesie. Piątek był koszmarny… Duszny, bez powietrza. Ale przynajmniej wieczór był konkretny. Siedziałam z rodzicami na ogrodzie, gdy zaczęło się błyskać z trzech stron. Niebo zrobiło się jakieś inne – purpurowo-czerwone. Kompletny brak wiatru. Stwierdziliśmy, że pewnie przyjdzie Armageddon i (jak to E. pięknie kiedyś powiedziała) zginiemy w pi*du.

Zaczęło grzmieć. Po chwili słychać było, jakby po lesie coś buszowało – taka fala podmuchu, która robiła wrażenie. Szum był coraz bliżej i wydawał się znacznie groźniejszy, niż był w rzeczywistości. Kojocina spał już od godziny, więc miałam nadzieje, że jeśli rozpęta się burzowe piekło, to go nie obudzi. Zaczęło wiać, grzmiało, a z nieba leniwie zaczęły spadać całkiem spore krople. Zwinęliśmy się do domu – po chwili zaczęło lać, że nie było widać świata. Czekałam na Kota, aż przyjedzie z pracy w tę ulewę.

Maluch obudził się jakoś koło 22… I miałam od tej pory przesrane, bo poszedł spać po północy, a nie jak zazwyczaj – myślałam, że wystarczy, że dostanie flaszkę z kaszką i pójdzie spać. Marzenie ściętej głowy… Jak się później okazało – ja spałam, a on bawił się w najlepsze mając gdzieś, że wieje, leje, grzmi i się błyska. A co do burzy – popadało z pół godziny i na tym ten koniec świata się skończył.

Azja w kuchni

Posted: 11 Maj 2012 in Uncategorized

Jestem z Kojociną na spacerku. Cytadelą już rzygam (po raz kolejny w tym wcieleniu). Piszemy sobie z Kotem eski o tym co słychać – gadamy akurat o żarciu.

- Mam ochotę na ryż z czymś – Kot.

- A ja na kebab.

- Nasz czy kupny?

- Kupny.

Koniec. Przyszłam do chaty – oporządziłam Kojocinę, usiadłam gdy zasnął. Tak siedzę i myślę, żebym coś zjadła dobrego. Zabrałam się za przygotowanie ryżu z czymś tam. Pod ręką miałam akurat jakieś chińskie warzywka. No to dawaj – warzywka zrobiłam, doprawiłam po swojemu (szafran z saszetki jest obrzydliwy – sami spróbujcie – a drogi jak cholera, więc nie dosypałam :P ). Kurkuma też jakaś dziwna – odpuściłam eksperymenty. Dodałam za to sumak, trochę curry i coś wyszło. Nawet zjadliwe. Czary mary – kolacja prawie gotowa, ryż oczywiście curry – skoro danie orientalne, to po co komu biały ryż. Sruuu – żółto się zrobiło. Słyszę domofon. Wchodzi Kocur do domu i szeleści. Jak mnie zobaczył siedzącą na stole w kuchni i dyndającą nogami, roześmiał się i spytał co robię.

- No chciałeś ryż, to zrobiłam.

Na co on stawia na blacie wielką siatę z kebabem i chichra się równo… To się nazywa zgodne małżeństwo :P .

- No to mamy problem z głowy na jutro z obiadem – będzie Azja na talerzu po chińsku, ryż (też na żółto) z tureckimi przyprawami :D . Ole!

Mlk

Posted: 11 Maj 2012 in Uncategorized

Robiłam w pokoju porządek. Wzięłam trzy flaszki Kojociny w jedną rękę. Coś tam zaczęłam sięgać drugą dłonią, gdy słyszę takie CHLUUUUP… I tym o to pięknym sposobem miałam pół butelki mleka w torebce… How sweet.